niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 1

(Harry)
Biegnę ile sił w nogach do miejsca, skąd dochodzi krzyk Hermiony. Tuż za mną biegną Ginny, Ron i Syriusz. Mam totalny mętlik w głowie. Ciągle wpadamy w jakieś uliczki, czuję się jak w labiryncie. W sumie to miejsce można tak nazwać. Błądzimy po ciemnych, wilgotnych zaułkach, kierowani jedynie krzykami i odgłosami rzucanych zaklęć. Mijamy kolejne, puste pokoje. Jakim cudem to obskurne miejsce może być siedzibą Śmierciożerców? Znajdujemy się w jednym z najniebezpieczniejszych miejsc, jakie jeszcze funkcjonuje po śmierci Voldemorta. Ostatni jego wyznawcy, a zarazem najsilniejsi poplecznicy, siedzą w zatęchłych podziemiach jak szczury, próbując cały czas walczyć w obronie idei swego Pana. To stare podziemie było jedną z ostatnich kwater Śmierciożerców, którzy nie zostali schwytani. Dlaczego Hermiona musiała zostać porwana, abyśmy je znaleźli? Czego oni w ogóle od niej chcą?
Zaledwie dwa tygodnie temu wszystko było dobrze. Niektórzy cieszyli się wakacjami i pokonaniem Czarnego Pana, a inni trwali w żałobie, opłakując utraconych najbliższych. Jednak chyba nikt się nie spodziewał, że najmądrzejsza dziewczyna od czasów Roweny  Ravenclaw zostanie uprowadzona podczas działań, dotyczących odbudowy Hogwartu! Było tam pełno ludzi, a i tak nie zauważyli, co się dzieje. Czemu wymigałem się z Ronem od pomocy jej tamtego dnia? Gdybym poszedł, może nic by się nie stało. Siedzielibyśmy wspólnie z Wesleyami w salonie i żartowali, a nie teraz walczyli o jej życie. Chyba żadne z nas nie wybaczyłoby sobie, gdyby coś jej się w tej chwili stało!
Poczułem na swoim ramieniu czyjąś dłoń, przez co wyhamowałem i odwróciłem się. Na przeciwko mnie stał Syriusz z palcem na ustach, kazał być cicho. Posłuchałem go i wyciszyłem zdyszany oddech. Było dziwnie cicho. Krzyki ustały jakiś czas temu zarówno jak i charakterystyczne dźwięki rzucania zaklęć. Nie wiem, co się dzieje, ale niepokoi mnie to. Wyciągnąłem różdżkę przed siebie i kiwnąłem głową w stronę Syriusza, który oczywiście rozumie moje gesty bez słów. Sam tylko pokazał Ginny i Ronowi, aby pozostali w pogotowiu i ruszyliśmy wzdłuż korytarza. Na końcu był jakiś pokój, w którym migotało słabe światło. Mężczyzna wyprzedził mnie i jako pierwszy postanowił wejść do środka. Niemal na niego wpadłem, kiedy stanął gwałtownie w progu. Niepewnie rozglądał się dokoła, upewniając się, że nic nam nie grozi. Wyjrzałem przez jego ramię i osłupiałem. Na podłodze leżeli jacyś mężczyźni, żaden się nie ruszał. Nagle tuż nad uchem usłyszałem dźwięk głośnego wciągania powietrza. Zupełnie tak, jakby Ginny zakrztusiła się nim. Obejrzałem się, ale nie dostrzegłem jej miny, bo rudowłosa przepychała się już między nami i wbiegła do pomieszczeni,a padając na kolana obok jednego z leżących tam mężczyzn. Po raz kolejny przestraszyłem się. Nawet nie wiedziałem, kim jest ten gość. Wszyscy patrzyliśmy na nią ze zdziwieniem. Z wyciągniętą różdżką powoli podszedłem do niej i uklęknąłem, oświetlając nieznajomego, który leżał na brzuchu. Dopiero, kiedy Ginny odsunęła się nieznacznie, a ja mogłem przewrócić go na plecy, zrozumiałem, o co jej chodziło. Tuż obok mnie na ziemi leżał Jacob, chłopak Hermiony. Nawet nie drgnął, kiedy go przekręcałem. Wyglądał bardzo źle. Zwykle pogodny, posiadający niespożyte pokłady energii, teraz był, nie dość, że bez koszulki, to na jego ciele widniały liczne rany i zadrapania. Podejrzewałem już najgorsze, kiedy rudowłosa uniosła wzrok znad chłopaka i spojrzała mi w oczy.
- Spokojnie, to drętwota, sprawdźcie resztę - wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Spojrzałem na Rona, a ten bez słowa podszedł do innego ciała.
- Co on tu w ogóle robi? - zapytałem cicho, tak, że tylko moja dziewczyna mnie słyszała. Ginny zagryzła lekko dolną wargę, patrząc mi w oczy. Z jej wzroku łatwo wyczytałem, że ona wiedziała, iż on tu będzie.
- Martwy - oznajmił Ron poważnym tonem, wracając od mężczyzny. - Już się bałem, ale nadal nie wiemy, gdzie Miona - kucnął obok nas, patrząc na twarz o rok młodszego Krukona.
 - Ja z Syriuszem idziemy dalej. Nie mogli zabrać jej daleko. Wy zajmiecie się Jacobem, dopóki ktoś tu nie przybędzie – oznajmiłem. Ginny i Ron kiwnęli zgodnie głowami. Odwróciłem się i spojrzałem na Syriusza, stojącego obok wejścia.
- Nie - odparł krótko i z wyciągniętą różdżką ruszył przez pokój, zmierzając w najciemniejszy kąt. Śledziłem go wzrokiem i pomyślałem, że zwariował, gdy w pewnym momencie ukląkł w takim miejscu, iż niemal nie było go widać. Przyciągnął do siebie jakąś skuloną istotę. Nie wiedziałem, co to jest. Kiedy usłyszałem jego głos, stałem się jeszcze bardziej zdezorientowany niż wcześniej.
- Merlinie, czemu się nie odezwałaś, że tu jesteś? - zapytał spokojnie. Ron i ja poderwaliśmy się na równe nogi, a potem podbiegliśmy tam. Prawie nic nie widziałem, ale w cieniu dostrzegłem tak doskonale mi znaną postać. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, jaki wtedy zakwitł na moich ustach. W jednej chwili padłem na kolana, przyglądając się jej, a Ron zaraz za mną, kiedy zorientowaliśmy się, że to Hermiona. Blada i trzęsącą się brunetka patrzyła na nas z przerażeniem. Porwaliśmy ją z Ronem w swoje ramiona, ale poczułem, że coś jest nie tak. Dziewczyna nic nie mówiła, ani nie cieszyła się. Odsunąłem ją od siebie.
- Hermiona, co się dzieje? - zapytałem z zatroskaną miną. Ron również zauważył, że Hermiona nie zachowuje się jak Hermiona.
- Czy my się znamy? - zapytała niepewnie, a moja dezorientacja sięgnęła zenitu. Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Przez chwilę analizowałem cały sens jej pytania. Oprzytomniałem po chwili, gdy usłyszałem głos Rona.
- Mionka, błagam nie rób sobie z nas żartów, tylko chodź - powiedział Ron, po czym lekko pociągnął ją za ramiona tak, aby pomóc jej wstać. Był w takim samym szoku co ja. Syriusz z nieodgadnionym wzrokiem cały czas przyglądał się nam. Jednak Hermiona nawet nie drgnęła i nadal siedziała skulona na ziemi. Syriusz klęczał obok niej.
- Hermiona, proszę, to nie jest czas na głupoty. Musimy uciekać - rzekła błagalnym głosem Ginny znad Jacoba.
- On też mnie tak nazwał - stwierdziła trzęsącym się głosem, wskazując palcem w stronę swojego chłopaka. Ron spojrzał na nią, jakby przemówiła w innym języku. Myśli zaczęły galopować po całej mojej głowie.
- Co ona plecie? - zapytał.
- Ty nic nie pamiętasz - Syriusz bardziej stwierdził, niż zapytał.
Miała wzrok jak przestraszone zwierzę, niewiedzące, co dookoła niej się dzieje. Dopiero po chwili cichym i chrapliwym głosem odpowiedziała:
- Nie.
Czy to mogło być prawdą, że moja przyjaciółka straciła pamięć? Nie, to niemożliwe. Musiałem się dowiedzieć, czego ona nie pamięta.
- Ale ile nie pamiętasz? Dnia, tygodnia, roku? - spytałem, spokojnie przyglądając się jej. Ta jednak milczała, wpatrując się w podłogę.
-  Obawiam się, że nie pamięta niczego, nawet jak się nazywa... - odezwał się po chwili Syriusz spoglądając na mnie.
- Jak się nazywasz? - zapytał, przenosząc wzrok na brunetkę. Hermiona uniosła lekko głowę i pokręciła nią leciutko, a ja dostrzegłem, jak w jej oczach błyszczą łzy.
- Nie wiem... – odparła, a po jej policzku spłynęła jedna z nich. Nie mogłem się powstrzymać i znów przygarnąłem ją do siebie, zamykając w uścisku
- Och, biedactwo... – szepnąłem jej do ucha. Często tak ją z Ronem nazywaliśmy, jednak teraz wydaje mi się to niestosowne. Zaledwie ją dotknąłem, a poczułem jak wszystkie jej mięśnie spinają się.
- Przepraszam - zreflektowałem się szybko i od razu odsunąłem.
- Coś mi się wydaję, że to nie urok a coś mocniejszego - stwierdził Syriusz, podnosząc się.
- Zabierzmy ją stąd – dodał jeszcze.
Pomógł jej wstać, a w tamtym momencie do pokoju wbiegło kilku aurorów. Serce zabiło mi jak młotem, bo myślałem, że to Śmierciożercy. Kiedy tylko nas wszystkich zobaczyli, opuścili różdżki i w pierwszej kolejność zajęli się Jacobem, obok którego cały czas klęczała Ginny i ze zdziwieniem patrzyła na naszą czwórkę. Od razu wraz z Syriuszem wyjaśniliśmy całe zajście i opowiedzieliśmy o tym, co stało się Hermionie. Aurorzy byli zdziwieni nie mniej od nas, ale Jacoba i Hermionę wysłali do św. Munga. Nas z kolei zabrali do Ministerstwa na dalsze i szczegółowe przesłuchanie. Siedzieliśmy tam chyba kilka godzin, przez cały czas zamartwiając się o Hermionę. Kiedy w końcu wypuścili nas, było już za późno na odwiedziny w szpitalu.
****
(Hermiona)
Mętlik, jaki panuje w mojej głowie, jest cały czas tak samo ogromny jak po przebudzeniu. Wokół wszyscy biegają, rozmawiają, a ja nie rozumiem z tego nic. Czuję się jak we śnie. Wszystko tu jest takie dziwne, obce, kompletnie nieznane. Mam ochotę obudzić się jak najszybciej, jednak powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, że jednak to nie sen a przerażająca rzeczywistość. Jestem dziewczyną, która nie pamięta swojej przeszłości ani niczego, co jej samej dotyczy. Jestem w kropce, aby nie użyć ostrzejszych słów, jakie nasuwają mi się na myśl.
Odkąd wczoraj przeniesiono mnie do tego szpitala, mam wrażenie, jakby nie było tu żadnego innego pacjenta oprócz mnie. Do tej pory chyba jedyną chwilą w samotność była poranna kąpiel, gdzie przez chwilę mogłam być sama, jednak kiedy tylko wyszłam, zaczęło się wszystko od nowa. Tabun lekarzy, a raczej magomedyków, jak to się określają, porwało mnie w swoje ramiona i zaczęły się dziwaczne badania, wypytywania się o rzeczy, o których nie miałam zielonego pojęcia. Około południa, oprócz lekarzy, do których zaczęłam się przyzwyczajać, pojawili się ci sami ludzie, którzy mnie odnaleźli, jednak nie było z nimi najstarszego mężczyzny. Poczułam ponownie lęk, strach i bezsilność. Nawet nie wiem, jak zachowywać się w ich obecność, nie wiem czy to przyjaciele czy wręcz przeciwnie. W tym momencie to po prostu obcy ludzie. Miałam ochotę uciec. Cała trójka powolnym krokiem podeszła do mojego łóżka i z kamiennymi twarzami patrzyła na mnie. To było straszne. Podejrzewam, że oni czuli się równie niezręcznie jak ja.
 - Hej, Mionka - odezwała się po chwili rudowłosa dziewczyna. Nie była niska, a raczej średniego wzrostu. Posłała w moją stronę delikatny uśmiech.
- Cześć – odparłam, ociągając się.
- Hermiona, ty naprawdę nic nie pamiętasz?- zapytał chłopak w środku. Był wysoki, szczupły w okrągłych okularach, a czarne kosmyki włosów opadały mu na czoło.
- Nie - odparłam krótko i wzruszyłam ramionami. Co innego mogłam powiedzieć? I znów zapadła ta niezręczna cisza. Patrzyliśmy na siebie, nie wiedząc, co robić. Ostatecznie postanowiłam przejąć inicjatywę.
- To wy mnie odnaleźliście, a ja nawet nie znam waszych imion - uśmiechnęłam się lekko, a oni popatrzyli po sobie.
- Ja jestem Harry... Harry Potter - odpowiedział z zająknięciem chłopak w środku, a ja postarałam się od razu zakodować tą informację. Następny był rudowłosy chłopak.
- Jestem Ron i znamy się od sześciu lat - wyrecytował bez zająknięcia, na co tylko się uśmiechnęłam i spojrzałam wyczekująco na dziewczynę.
- Czuję się strasznie dziwnie, przedstawiając się mojej najlepszej przyjaciółce... ale dobra. Jestem Ginny Weasley, Harry jest moim chłopakiem, a Ron bratem - teraz to ona uśmiechnęła się do mnie, a ja zrozumiałam, że oni nie tylko są po mojej stronie, ale najprawdopodobniej to moi przyjaciele. Ucieszyła mnie ta myśl zwłaszcza, że teraz mogę dowiedzieć się czegoś o sobie. Powtórzyłam sobie w myślach ich imiona po raz kolejny, aby na pewno je zapamiętać.
- Czyli się znamy? I to dobrze? - zapytałam, a oni ochoczo pokiwali głowami.
- Oj, dobrze i to jak - odpowiedziała wesoło Ginny, śmiejąc się i puszczając do mnie oczko.
- Czy nie byłby to dla was problem, jakbyście opowiedzieli mi coś o mnie? O sobie?
Otworzyli szeroko oczy, ale szybko przytaknęli. Ginny usiadła obok mnie na łóżku, a chłopaki przystawili sobie krzesła tuż obok nas i zaczęła się ich opowieść. Przerywali sobie nawzajem, ujawniając coraz to nowe i niezwykłe fakty, które ponoć dotyczyły mnie. Bo kto by uwierzył, że brał udział w wojnie i pomógł pokonać największego czarnoksiężnika? Ja musiałam. Opowiadali o tym, jak się poznaliśmy, gdzie uczyliśmy, a nawet jakie są moje ulubione potrawy czy kolory. Oni chyba wiedzieli o mnie wszystko, a ja o sobie niemal nic. Ginny zaczęła właśnie opowiadać, jak poznałam się z Jacob'em, chłopakiem, którego prawie zabiłam, ale przerwała jej starsza kobieta.
- Przepraszam, ale godziny wizyt dobiegają końca - uśmiechnęła się do nas i już miała odchodzić, ale Ron ją powstrzymał.
- Ale odwiedziny są do dwudziestej - uniósł wysoko brwi, spoglądając na kobietę.
- Tak, a jest za dziesięć - odparła i ponownie się uśmiechnęła, tym razem odchodząc. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie z niedowierzaniem. Przecież dopiero co przyszli, a tu już ta godzina.
- Merlinie, nawet nie poczułem, ile godzin minęło - stwierdził Harry, przeczesując włosy dłonią i poprawiając okulary.
- Mama urwie nam głowy, jak wrócimy - odparła ze śmiechem rudowłosa, a chłopaki jej przytaknęli.
- Dziękuję, że mnie odwiedziliście. To dla mnie naprawdę wiele znaczy-uśmiechnęłam się lekko, a Ginny po prostu mnie przytuliła. W pierwszej chwili miałam ochotę się odsunąć, ale szybko zrezygnowałam z tej myśli.
- Mionka, my tu wrócimy - stwierdził Ron - nas tak łatwo się nie pozbędziesz.
- Właśnie, a teraz to naprawdę się zbierajmy - odparł Harry, a wszyscy się zaśmiali.
Uśmiechałam się do nich  ciepło, co zawsze odwzajemniali. Na pożegnanie nawet przytuliłam każdego. To był taki dziwny odruch, chciałam po prostu to zrobić. Kiedy tylko zniknęli za drzwiami, poczułam się dziwnie, tak samotnie? Nie miałam nawet, z kim tu porozmawiać. Oczywiście pielęgniarki, ale one pojawiały się na kilka minut i znów znikały, a mi pozostało tylko wpatrywanie się w ścianę. Wszystko minęło, kiedy w południe w drzwiach znów dostrzegłam trzy postacie. Poczułam, jak ogarnia mnie radość na myśl o kolejnych godzinach, spędzonych z tymi ludźmi. Całe popołudnie… Siedzieli ze mną naprawdę długo, aż jeden z magomedyków ich wyprosił. Jednak dziś Ginny przyniosła mi kilka książek, nie tylko tych o magii, ale również, te które podobno niegdyś ubóstwiałam, a z tego, co dowiedziałam się od Rona, kochałam wszystkie. Kiedy oni wychodzili, od razu zagłębiałam się w lektury. W momencie, gdy zaczynałam czytać nie czułam upływającego czasu. To niesamowite, ile fascynujących rzeczy dowiedziałam się z nich. Ruda przyniosła nawet książkę o historii naszej szkoły, w której uczyliśmy się. To był magiczny świat nie tylko w przenośni.
Dni mijały, a każdego południa w mojej sali pojawiała się już dobrze znana mi trójka. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, a nawet wychodziliśmy na spacery wokół szpitala. Harry zaskoczył mnie niezwykle, kiedy na jedną z wizyt przyniósł miotłę i na spacerze zaczął pokazywać mi sztuczki na niej. To było wspaniałe.
Dziś mija tydzień od mojego przyjazdu do szpitala. Niestety, ale nic się nie zmieniło w związku z moją pamięcią. Jednak zaczynałam mieć zarysy poprzedniego życia.
Jak co rano siedziałam na łóżku z książką na kolanach, zagłębiając się w kolejne wersy tekstu.
- Widzę że nasza Hermiona powraca - usłyszałam tuż obok ucha głos Harre'go. Aż podskoczyłam na łóżku, zrzucając grube tomisko z kolan. Nie zauważyłam, kiedy weszli do sali.
- Hej - uśmiechnęłam się bardzo szeroko na powitanie, co odwzajemnili. Nie wiem, co ta zwariowana trójka ma w sobie, ale zawsze, kiedy są obok, czuję się zdecydowanie lepiej. Tak, po tylu dniach spędzonych z nimi, spokojnie mogłam powiedzieć, że są pokręceni.
- Cześć, Mionka - zawołała wesoło Ginny, rzucając się na moje łóżko i zabierając mi jedną z poduszek, aby wygodnie się usadowić.
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość - zaszczebiotała uradowana, a ja miałam dziwne wrażenie, że wcale to nie będzie dobra wieść.
- Jaką? – zapytałam, niepewnie przyglądając się rudowłosej, której uśmiech robił się coraz szerszy.
- Dziś wychodzisz! - zawołała nagle cała trójka. Właśnie tej wiadomość się obawiałam.
- Nie cieszysz się? - zapytał Ron, wyjadając Fasolki wszystkich smaków, które sam wczoraj dla mnie kupił. Uśmiechnęłam się pod nosem na ten widok, ale szybko wróciłam na ziemię. Prawda była taka, że nie miałam dokąd iść. Moi rodzice zaginęli, a nic o innej rodzinie nie wiedziałam.
- Cieszę... Jednak gdzie ja mam się podziać? - wyjaśniłam, siadając na łóżku i  spuszczając nogi na podłogę. Znów czułam, że jestem w kropce, a oczy gwałtownie zaczęły mnie piec.
- Głupia, tylko nie płacz  bo zamieszkasz u nas jak zresztą co lato - odpowiedziała spokojnie Ginny, a ja gwałtownie podniosłam głowę i skierowałam wzrok na nią. Przecież nie będę komuś na siłę wchodzić do domu. Poczułam się niezwykle głupio. Już zaczęłam otwierać usta, aby zaprzeczyć, kiedy jednym ruchem dłoni Ginny dała mi do zrozumienia, że nie mam nic do gadania. Poczułam jak po moim policzku spływa łza, a ruda z zatroskaną miną przytuliła mnie. Przez te kilka długich dni zaczęłam traktować ją jak siostrę, której chyba nigdy nie miałam. W towarzystwie tych ludzi czułam, że ich potrzebuje. Oni byli po prostu najważniejsi.  Są jak narkotyk i uzależniają od siebie. To było nawet trochę dziwne. Jeszcze tydzień temu byli dla mnie obcymi ludźmi, a  teraz tworzą część mojego świata, coś, czego zawsze brakuje mi, gdy znikają za drzwiami szpitala.
Kiedy tylko wyswobodziłyśmy się ze swojego uścisku, Ginny władczym tonem oznajmiła:
- Czyli wszystko ustalone! Pomogę zebrać ci wszystkie twoje rzeczy, a chłopaki pójdą po tatę, aby podpisał wypis - otworzyła jedną z szuflad szafki nocnej i wyjęła kosmetyki. Harry i Ron wyszczerzyli się szeroko w moją stronę i zniknęli. Wstałam, wyciągając spod łóżka walizkę. Wyjęłam jeszcze z niej spodnie i zwykłą koszulę.
- Skoczę się przebrać - oznajmiłam i szybko pobiegłam przebrać się do łazienki. Kiedy wróciłam, Ginny zasuwała jedną z mniejszych kieszeni walizki.
Męczyło mnie od dłuższego czasu pewne pytanie. Nie wiedziałam, kiedy o to zapytać i czy powinnam pytać w ogóle. Jednak zadecydowałam, że to konieczność.
- Ginny, a co się dzieje z Jacobem? – zapytałam, wrzucając piżamę do bagażu.
- Byłam dziś u niego i podobno wypisują go pojutrze... Jest jeszcze słaby, ale i tak martwi się o ciebie - odparła, a mnie zmiękły kolana. Martwi się o mnie, mimo że leży tam przeze mnie, a na dodatek nie pamiętam go.
- To miło z jego strony. - stwierdziłam niepewnie – Jednak nie wiem. co robić... Co ty byś zrobiła na moim miejscu? Bo chyba nie powinnam być z kimś, kogo nie pamiętam... - zapytałam niepewnie. To było chyba jedno z najgłupszych pytań, jakie zadałam do tej pory, ale pragnęłam poznać jej zdanie.
- Wiesz, skarbie... Ja bym na pewno z nim porozmawiała i to szczerze. Jacob nie należy do tych głupich frajerów, jakich wiele i na pewno zrozumie twój wybór. A ty również nie powinnaś się do niczego zmuszać - uśmiechnęła się blado do mnie i zapadła między nami cisza. Muszę to wszystko ponownie ułożyć sobie w głowie. Jednak nie mogę teraz o tym myśleć. Potrzebuję zmienić tor moich myśli.
- Ale ja na pewno nie będę wam przeszkadzać? – zapytałam, niepewnie zasuwając bluzę. Ginny spojrzała na mnie tymi ogromnymi brązowymi oczami z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Mionka, wiem, że nic nie pamiętasz, ale byłyśmy przyjaciółkami od mojego pierwszego roku w Hogwarcie i zawsze, co roku spędzałaś u nas chociaż dwa tygodnie wakacji razem z Harry i nigdy nam nie wadziłaś, a jedynie poprawiałaś humor wszystkim domownikom, zwłaszcza Fredowi i Georgowi.
- Fred? – zapytałam, nim zdążyłam pomyśleć, bo o nim mi nie wspominali - Kto to? - po chwili jednak pożałowałam tego, gdy zobaczyłam minę Ginny, na której zamiast uśmiechu malował się ból. Ruda ciężko opadła na łóżko i poklepała miejsce obok siebie, pokazując, abym usiadła.
- Fred był bliźniakiem Georga. Zginął kilka tygodni temu w bitwie o Hogwart... - w jej oczach pojawiły się łzy, a ja poczułam się podle. Dlaczego akurat o to musiała zapytać?
- Przepraszam... Nie wiedziałam, przykro mi - odparłam automatycznie.
- To nadal boli… - spojrzałam na jej twarz - myśl o nim, fakt, że już nigdy go nie zobaczę - po policzku spłynęła jej łza - że już nigdy nie przefarbuje mnie, gdy śpię, ani nie zrobi jakiejś innej głupoty... - zaśmiała się lekko na wspomnienie Freda. Zrobiło mi się jej żal. Przygarnęłam ją delikatnie i zamknęłam kolejny raz w uścisku.
- Nie płacz... Mogłabym powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale nie chcę kłamać, bo wiem, że nigdy już nie będzie tak jak kiedyś... - szepnęłam - ale jestem pewna, że Fred nie chciał, abyś płakała przez niego, a jedynie śmiała się na myśl o nim - odsunęłam się lekko i spojrzałam w jej w oczy. Ginny pociągnęła nosem i kiwnęła głową.
- Masz rację. - otarła wierzchem dłoni łzy i wstała - Koniec płaczu, czas do pracy. Zaraz będzie tu tata - oświadczyła i jednym ruchem zasunęła walizkę. Jeszcze nie poznałam jej taty, ale jeśli jest podobny do Rona i Ginny, to mam przeczucie, że się polubimy.
- Mam jeszcze jedno pytanie... Bo skoro ja nic nie pamiętam, to czy ja wrócę do szkoły? - to było kolejne pytanie, które nękało mnie od jakiegoś czasu. Na początku nie myślałam o tym, jednak kiedy przeczytałam kilka książek, zapragnęłam zobaczyć na własne oczy Hogwart.
- Nie wiem. Mama wczoraj pisała do dyrektorki w twoim imieniu i opisała jej całą sytuację, ale jeszcze nie mamy odpowiedzi... Podejrzewam, że do wieczora wszystko się wyjaśni - uśmiechnęła się i odgarnęła włosy do tyłu. Nie spodziewałam się, że nawet Pani Weasley interesuje się czymś związanym ze mną.
- Muszę jej podziękować - stwierdziłam po chwili. To naprawdę niezwykły gest z jej strony.
- Wydaje mi się, że McGonagal nie będzie miała nic przeciwko twojemu powrotowi pod warunkiem, że pamiętasz jakiekolwiek zaklęcia.
I tu pojawia się problem nie pamiętam niczego! Giny przysunęła się do mnie i wyjmując zza spódniczki różdżkę.
- Trzymaj - i wręczyła mi swój magiczny atrybut. Otworzyłam szeroko oczy, jednak przyjęłam przedmioty.
- I co ja mam niby  z tym zrobić? - zapytałam. Ruda rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Spróbuj przywołać do siebie tamten wazon - powiedziała wskazując palcem na przeciwległy kąt pokoju.
- Że niby co? Ale jak? Ja nawet nie wiem jak poprawnie trzymać ten patyk! – zaniepokoiłam się.
- Wyceluj różdżką w wazon i powiedz: "Accio, wazon" - uśmiechnęła się do mnie pokrzepiająco.
 Nabrałam powietrza do płuc i wypuściłam je ze świstem.
- Accio  wazon - machnęłam magicznym patykiem. Myślałam że nic się nie stanie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po chwili w moją stronę szybował mały czerwony wazonik. Wyciągnęłam dłoń i chwyciłam przedmiot.
- Brawo! - pisnęła uradowana Ginny. Chwyciłam ów przedmiot w obie dłonie i zaczęłam skakać w miejscu ze szczęścia. Nawet nie spostrzegłam, jak w drzwiach stanął wysoki mężczyzna.
- Cześć, dziewczynki - przywitał się i skinął w moją stronę głową, na co od razu się opanowałam.
- Dzień dobry, Panu - odpowiedziałam uprzejmie.
- Hermiono, pójdę podpisać dokumenty odnośnie wypisu, a potem muszę z tobą porozmawiać - powiedział stanowczo. Poczułam jak w mojej piersi serce przyśpiesza rytm. jednak szybko odpowiedziałam.
- Oczywiście - Pan Artur już wyszedł. Przestraszona spojrzałam na Ginny, która była chyba w nie mniejszym szoku niż ja. Chyba od razu wiedziała, o co chciałam zapytać, bo odpowiedziała mi, zanim zdążyłam wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.
- Nie wiem.
To wcale nie uspokoiło mnie, a wręcz przeciwnie, zdenerwowałam się jeszcze bardziej.


Witam Aniołeczki
Oddaję w wasze łapki pierwszy rozdział, który mam nadzieję, że się spodobał. 
Od razu uprzedzam, następny pojawi się w ciągu 2-3 tygodni.
Ach, i najważniejsze:
Bardzo dziękuję Agnieszce która zbetowała ten rozdział, jesteś wspaniała.



Obserwatorzy